Zwietrzały katolicyzm

Jestem katoliczką.
Moje nazwisko figuruje w księgach parafialnych. Zasilam nim 35 milionową armię Polaków – 90% naszego społeczeństwa – deklarujących się jako wierzący w Boga.

Stało się tak poniekąd bez mojego udziału, ponieważ nie wyraziłam swojego pozwolenia na chrzest, który został mi udzielony w niemowlęctwie. To usankcjonowana tradycją przemoc KK stosowana wobec niczego nieświadomych dzieci, ale i ich rodziców, poddanych społecznej presji ochrzczenia potomstwa póki jest małe, żeby mogło bez komplikacji uczestniczyć w przyjmowaniu kolejnych sakramentów świętych zgodnie z kościelnym kalendarzem.
To też swoista instytucjonalna pułapka, gdyż z KK praktycznie nie można się wypisać. Formalnym skutkiem apostazji nie jest bowiem wykreślenie danych osobowych z księgi ochrzczonych, o co od lat bezskutecznie zabiegają apostaci, a jedynie umieszczenie w niej adnotacji o chęci wystąpienia z KK i wydanie odpisu świadectwa chrztu z dopiskiem o ekskomunice.

apostazja

W życiu Kościoła nie uczestniczę od maja 2013 roku, odkąd abp Henryk Hoser nałożył karę milczenia na ks. Wojciecha Lemańskiego.
Od tej bulwersującej historii, od tego momentu, zaczęłam przyglądać się Kościołowi i katolicyzmowi w rodzimym wydaniu uważnie i krytycznie, czego dotąd nie robiłam.
I, muszę przyznać, że to co widzę, na każdym kroku wprawia mnie w osłupienie.

Nie wiem, jaką wiarę wyznają Polacy, ale nie jest to wiara z kart Ewangelii.

Jest przed- czy poza-chrześcijańska, w głównej mierze politeistyczna, czemu sprzyjają nienaturalnych rozmiarów średniowieczne kulty – maryjny i świętych.

Tak jak bóg Jowisz opiekował się niegdyś Rzymem a Huitzilopotchli strzegł imperium Azteków tak i katolicka religijność, niezrażona upływem czasu, na modłę państw plemiennych, dopomina się stale nowych patronów: kontynentów, państw, regionów, miast, zawodów, czynności i okoliczności.
Państwo polskie ma aktualnie pięciu patronów – troje głównych i dwóch drugorzędnych, a polscy katolicy możliwość wsparcia ze strony niespełna dwustu świętych i błogosławionych bezpośrednio powiązanych z Polską oraz niezliczonej rzeszy innych świętych sprawujących ochronę m.in. przed:

– smutkiem oraz burzami gradowymi (św. Barnaba Apostoł)
– klęskami: ognia, wojny, powodzi, nieurodzaju, sztormu i burzy (św. Florian)
– myszami i szczurami (św. Gertruda z Nivelles)
złośliwymi żonami (św. Gumar)
– ukąszeniami węży (św. Hilary z Poitiers)
– dżumą, trądem, syfilisem i opryszczką (św. Jerzy)
– pijaństwem (św. Marcin z Tours)
itp., itd.

W większości przypadków nie służą im oni, zgodnie z intencją, jako wzory do naśladowania, bo są to postacie albo na poły mityczne (np. św. Brygida z Kildare), albo ofiary umartwień (np. św. Katarzyna ze Sieny), albo papieże czy inni dostojnicy Kościoła – słowem osoby nieprzystające profilem ani do współczesności, ani do możliwości/potrzeb przeciętnego człowieka. Pełnią za to rolę emisariuszy(?) modlitw błagalnych kierowanych do Boga (w trzech Osobach) ale najczęściej wprost ich adresatów(!):[1][2]

figurki

Jak na religię monoteistyczną duży tłok panuje na tym katolickim firmamencie. Można się pogubić.

Toteż gubią się moi rodacy w swej wierze na potęgę.

Notorycznie na przykład w manicheizmie.
Przy aktywnym współudziale katolickich intelektualistów, a zwłaszcza jednego – naczelnego teologa kraju, dyżurnego antysemity, manichejskiego doktrynera, emerytowanego już prof. KUL – ks. Czesława Bartnika, którego plemienne ideologie narodowo-nacjonalistyczne od lat propagują: Radio Maryja, Telewizja Trwam i inne media radykalno-prawicowe, środowiska ONR i MW, a także wielu kapłanów, nie wyłączając hierarchów.[3]

bartnik
Manicheizm, jako religia dualistyczna opiewająca walkę dwóch przeciwstawnych pierwiastków – dobra i zła – jest wczesnochrześcijańską herezją, odrzuconą oficjalnie i ostatecznie ponad pół wieku temu, przez Sobór Watykański II, co nie przeszkadza mu być w Polsce poglądem wciąż i niezmiennie popularnym, atrakcyjnym, a także praktykowanym tyleż ochoczo, co powszechnie.

Głównym zajęciem manichejczyków, skutecznie i trwale odwracającym ich uwagę od Boga jest opisywanie, wypatrywanie, lokalizowanie, ściganie, tropienie, poszukiwanie i znajdowanie osobowego szatana, straszenie nim, a także jego zwalczanie przy pomocy szeregu różnorodnych środków i narzędzi.

szatan

Niezwykle szkodliwa moralnie, bo zdejmująca z człowieka odpowiedzialność za własne czyny, jest manichejska narracja: „To nie ty jesteś winny, tylko szatan, który cię opętał”.
Z kolei najsilniej działającym na wyobraźnię działaniem – egzorcyzmy; ich zwolennikami są np. wspomniany już abp Henryk Hoser ale także abp Stanisław Dziwisz – popularyzatorzy ugandyjskiego księdza – szamana prezentującego się jako uzdrowiciela chorych i wskrzesiciela umarłych – Johna Bashobory.

Pogańskie praktyki, herezje to niestety nie wszystkie bolączki polskiego katolicyzmu.

Za jego główny problem uważam bezrefleksyjność, płytką obrzędowość skupioną na celebrze, pusty rytuał z nic nie znaczącą symboliką. Bezmyślne bieganie z krzyżami, obrazami. Bezrozumne wyklepywanie modlitewnych formułek. Powierzchowną ludyczność.

wiara

Prawda? Frajda przede wszystkim.

To frajda pozwoliła Polakom, z całego pontyfikatu Papieża Jana Pawła II zapamiętać kremówki.
Wyłącznie.
Dały najwięcej frajdy.
A teraz to ona, a raczej jej brak, nie pozwala słuchać słów Papieża Franciszka, który mówi o mało zabawnej, a przy tym „lewackiej” ekologii i zupełnie nieśmiesznych uchodźcach.
Mało frajdy = niedobry papież. Proste.
A i wiara, ta opisana w Ewangelii, oparta na miłości Boga i bliźniego (co jest de facto tożsame), jakaś taka nieciekawa, cienka, mdła i  zbyt poprawna politycznie. Trzeba ją sobie skonstruować na nowo, po swojemu, wszak Polak potrafi.

Nowy polski katolicyzm nadzwyczaj biegle włada językami nienawiści i wykluczenia. Talent do niego wykazuje wielu, pozornie bogobojnych rodaków – od najmniejszych owieczek po największych pasterzy.

hejt
jedraszewski

Katoliccy hejterzy pracują w systemie pogotowia, z  oddaniem – całodobowo, nie wyłączając niedziel i świąt, czego podczas ostatniej Wigilii doświadczyła np. Krystyna Janda, a przez cały styczeń Jerzy Owsiak. Padają słowa ostre i wulgarne wypowiadane na wyścigi przez pobożnych panów i panie, dziewczyny i młodych chłopaków, na profilach których aż roi się od cytatów o miłości, zdjęć chorych dzieci i matek boskich w tle albo szumnych haseł o Bogu, honorze i ojczyźnie. „Podziwiam” nieprzebrane bogactwo obraźliwych epitetów, którymi żonglują swobodnie i z wielką swadą chrześcijanie znad Wisły, skalę tonów napastliwości, jaką potrafią z siebie wydobyć, wyrafinowane formy leksykalne, w jakie potrafią ubrać głoszone bez skrępowania: antysemityzm, ksenofobię, rasizm czy seksizm. I myślę tak sobie, że trzeba było w tej naszej Polsce wykonać ogromną pracę – zbudować ponad 10 tys. kościołów, wywiesić w szkolnych salach setki krzyży,  wygłosić dziesiątki kazań, odbyć niezliczoną ilość katechez, żeby uzyskać tak spektakularny efekt – tak doskonałą antytezę nauki Chrystusa – to robi wrażenie.

Jest w Polsce jeszcze jedna, wcale licznie reprezentowana odmiana katolicyzmu – nazywam ją ogólnie relatywistyczną. Występuje w trzech wariantach często przenikających się wzajemnie:

– permisywizmu (przygarnij Hitlera)
– zdystansowanego protekcjonalizmu, zwanym też symetryzmem (ja tam nie jestem ani za tym, ani za tym)
– milczenia

Katolicki permisywizm/symetryzm tolerując wszelkie formy ludzkich zachowań nie odróżnia okradania od bycia okradanym, bicia od bycia bitym – słowem – bycia ofiarą od bycia katem. Skutkiem tego nie jest w stanie prawidłowo zareagować na krzywdę bliźniego i albo wzywa do niemożliwego do przeprowadzenia czy bezsensownego dialogu „dupy z kijem”, albo dokonuje chłodnych analiz sytuacji starając się w ten sposób usprawiedliwić własną gnuśność, albo też wymownie milczy.

Z relatywistycznym katolicyzmem zetknęliśmy się wszyscy kilka dni temu, przy okazji próby udzielenia pomocy dziesiątce dzieci z Syrii, którą podjął prezydent Sopotu – Jacek Karnowski. Facebook zalała wówczas cała masa wpisów argumentujących – dlaczego nasz 38-milionowy, dumny, chrześcijański naród z bohaterskimi tradycjami, w żadnym razie nie może pomóc grupce potrzebujących Syryjczyków:

dzieci
Słowem – wprawdzie jestem katolikiem, ale nie aż tak bardzo, nie tutaj, nie w tej chwili, niekoniecznie, nie w ten sposób. Nie.

Tyle owczarnia.

Pasterze, tacy hałaśliwi, kiedy potrzebują potępiać i obrażać, teraz nagle zamilkli.
Inni milczą już zwyczajowo.
Nie mają nic do powiedzenia, czy może raczej nie chcą mówić?

Nie chodzę do kościoła.
Coś czuję wewnętrznie, że Bóg jest absolutnie wszędzie, tylko nie tam.

PS. O jasnej stronie polskiego KK, bo i taka jest, napiszę, pozwolą Państwo, już kiedy indziej.


[1] Skuteczna modlitwa do św. Rity w sprawach trudnych i beznadziejnych
[2] 3 modlitwy do św. Józefa na każdą okazję

[3] Ks. prof. Czesław S. Bartnik – „Twarz Unii Europejskiej bez makijażu” rozważania o Jude-UE i planach masonów i syjonistów. Biblioteka wielkiej myśli.

Reklamy

8 Comments

      1. Dzień dobry, Mario,
        można do mnie napisać na FB, gdybyś potrzebowała. 🙂
        Bezimienność Słownika jest celową i przemyślaną częścią tego projektu. Ma ona na celu odwrócić uwagę czytelnika od autora, na rzecz tego, co ów ma do powiedzenia.

        Bardzo nam się trudno ostatnio skupić na wypowiadanych treściach, tyle rzeczy nas rozprasza – płeć, wiek, brzmienie nazwiska… Wynajdujemy takie mnóstwo powodów, żeby się nie słuchać… Bardzo mi zależało na tym, żeby tego uniknąć.

        Słownik – niech to będzie moje imię.
        Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za komentarz. 🙂

        Polubione przez 1 osoba

  1. Bardzo fajny tekst. Też miałam podobne refleksje, i to od dzieciństwa, kiedy rodzina jeszcze zabierała mnie do kościoła (rodzice nie byli zbyt religijni, ale posłali mnie na lekcje religii i czasami braliśmy udział w mszy i sakramentach). Ja chyba naturalnie należę do kategorii ludzi „zaciekawionych warsztatem kinematograficznym”, jak w przytoczonym cytacie, więc od małego obserwowałam wiernych i duchownych dość krytycznie. Nie czytałam nauk papieży, nie słuchałam wypowiedzi biskupów, nigdy nie przeczytałam nawet do końca Biblii (żałuję). A i tak postawy znajomych deklarujących się jako wierzący, forma nabożeństw, atmosfera w kościołach, kazania księży – czyli wszystko, z czym w kwestii religii stykałam się przez całą podstawówkę, skutecznie mnie zniechęciło.
    Do dziś mam do chrześcijaństwa stosunek ambiwalentny. Z jednej strony chrześcijaństwo jako kult kojarzy mi się właśnie z tym przaśnym polskim katolicyzmem, indoktrynacją, bezmyślnością itd. Z drugiej – jako filozofia czy etyka całkiem mi odpowiada, jak wielu ludzi wychowanych na Ewangelii uważam ją za fantastyczne źródło nauk moralnych. Szanuję też każdą ludzką potrzebę transcendencji, poszukiwania czegoś ponadnaturalnego (a więc i wiarę – byle nie bezrefleksyjną). Nie mogłabym określić siebie jako stuprocentową ateistkę. Pewnie bardzo wielu „niewierzących” myśli podobnie. I czy to naprawdę jest myślenie ambiwalentne, czyli zawierające przeciwstawne elementy? Może masz rację, że po prostu polski katolicyzm a chrześcijaństwo to dwie różne rzeczy, które już i tak są sobie przeciwstawne? A może większość polskich katolików – ci najgłośniejsi i najbardziej widoczni na Facebooku – to tacy „niedzielni chrześcijanie”. Gdzie ja to niedawno czytałam, takie ciekawe stwierdzenie, że dla wielu ludzi ksenofobiczna czy pełna nienawiści postawa nie wyklucza się z deklarowaniem się jako chrześcijanin, bo dla ludzi to są jakby dwa różne porządki. Jeden jest ten idealny, uświęcony, gdzie jest czas i miejsce na miłość bliźniego i żal za grzechy, a drugi to brutalna codzienność, która jest tak daleka od ideału, że te ideały po prostu nie mogą w niej zaistnieć. Sprzeczne z naukami Chrystusa? Ale to rozróżnienie pewnie się dokonuje bardziej podświadomie, ot takie dwójmyślenie… 😉 Tylko jak to pogodzić z wypowiedziami wysoko postawionych duchownych, którzy przecież powinni wiedzieć, w co wierzą.
    Cóż, nie podejmuję się stawiać diagnozy całemu polskiemu katolicyzmowi, ale nie da się ukryć, że mnóstwo ludzi ma podobne przemyślenia na ten temat. Dziękuję, że tak precyzyjnie i odważnie wyłożyłaś je w tym tekście. Nie dało się nie kiwać głową ze zrozumieniem przy każdym akapicie. Z niecierpliwością czekam też na post o dobrych stronach Kościoła.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Ail

    Polubione przez 1 osoba

    1. Bardzo dziękuję za tak głęboki, pełny przemyśleń komentarz. 🙂 I za wszystkie miłe słowa. 🙂

      Czuję bliźniaczo podobnie – wielki szacunek do filozofii chrześcijańskiej, którą uważam za najbardziej humanistyczną z ludzkich myśli, najwartościowszą społecznie i wielkie rozczarowanie w stosunku do tych, którzy zawodowo, z taką gorliwością i oddaniem zajmują się jej wypaczaniem. Ten wpis jest wyrazem mojego rozgoryczenia marnotrawstwem piękna, dobra i mądrości zawartych w Ewangelii, oburzenia na ich obrazę, niezgody na zawłaszczanie sobie nierozumianych idei i cyniczne ich zakłamywanie. Mam o to wielki żal do hierarchów Kościoła.
      Za psucie religii, ale, co znacznie gorsze – za psucie wiary.

      Nie wiem, co polscy biskupi wiedzą. Nie wiem, w co wierzą. Nie wiem, czy w ogóle wierzą w Boga. 😦

      To, o czym piszesz – to dwójmyślenie, schizofrenia jest – moim zdaniem – echem manicheistycznej herezji, która rozorała wiarę chrześcijańską na pół, wyodrębniając w niej dwa nieprzenikające się obszary sacrum i profanum – Boską doskonałość i ludzką ułomność – bardzo na rękę Kościołowi, który petryfikując ten stan mógł wieki całe trzymać ludzi w poczuciu podległości i lęku. Nie wobec Boga, a wobec siebie.

      Chrystus powiedział, że Bóg jest w ludziach, ale do kogo to tak naprawdę dotarło?

      Zresztą Kościołowi instytucjonalnemu takie postawienie sprawy byłoby bardzo nie w smak, bo zamiast profitów niosłoby jedynie wymagania i odpowiedzialność – nie mógłby funkcjonować na obecnych zasadach, w postaci, która jest dla niego maksymalnie wygodna i której skuteczność sprawdza się (dla niego) od wieków.

      Pozdrawiam najserdeczniej, jak potrafię. 🙂

      Lubię to

  2. Bardzo dziękuję za te słowa autorce i komentatorce Ail.
    Mam 77 lat i bardzo tęsknię za moim rodzinnym katolicyzmem.
    Moja Babcia i moja Mama zawsze mi mowily – Boga szukaj w człowieku.

    Teraz zawsze mówię , ze jestem agnostykiem.
    Chyba to nie prawda.
    Tak bardzo chciałabym żyć tak jak One mnie uczyły.
    Ale nie umiem już pójść do kościoła by tam Go poszukać.
    I wśród ludzi też Go już nie spotykam.
    Trudno żyć bez religii .
    Ale nie widzę jej w Polsce.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Twoje słowa, Anno, obudziły we mnie wspomnienia…
      To moja prababcia pierwsza powiedziała mi o Bogu i chrześcijaństwie. Była tercjarką.
      Bóg z jej przekazu był właśnie taki, jak ten z opowieści Twojej Babci i Mamy – w drugim człowieku – Jego obraz noszę w sobie przez całe życie i tego nigdy nikt mi nie odebrał.
      Spotkałam w życiu wielu ludzi, od których doznałam wiele dobrego.
      Inni pokazali mi moje słabości, co – w ogólnym rozrachunku – też nie było złe.

      Ale w Polsce czuję, że jestem obok religii, w której wzrastałam. Ta głoszona przez hierarchów, niestety również i przez wielu zwykłych księży, to stanowczo nie jest religia Chrystusowa.
      To jakiś biznes, w żadnym wypadku nie krzewienie wiary.

      Ks. Tischner powiedział kiedyś, że prawdziwe chrześcijaństwo dopiero przed nami. Też tak uważam i to daje mi nadzieję, że ciągle jeszcze może być lepiej.

      Bardzo Ci dziękuję za wpis. Ściskam i życzę mnóstwo zdrowia i dobra wokół Ciebie. 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s