Dzieciństwo

Do czwartego roku życia niemal wyłącznie, a po tym czasie okazjonalnie, mieszkałam z dziadkami – rodzicami mamy – na Mazurach. Dziadek był wojskowym i w ówczesnym czasie pełnił służbę w jednostce pod Piszem, w garnizonie Szeroki Bór.
To było magiczne miejsce, w którym krew w moich żyłach zmieniała barwę z czerwonej na błękitną…:)

Królewna w butach

Pewnego razu (musiałam mieć wtedy jakieś 4 lata, skoro to pamiętam) dziadkowie wraz z mamą wybierali się na kolację do kantyny. Obiecali zabrać mnie ze sobą. Wieczorem zostałam wykąpana i ułożona do ostygnięcia w pościeli, co skończyło się tym, że usnęłam…

Obudziłam się kilka godzin później. W domu nie było nikogo. Postanowiłam nie czekać na rodzinę, tylko sama do niej dołączyć.
I tu pojawił się problem.
Przy łóżku nie było kapci…

Kto nigdy nie był królewną, ten nie wie, że w wieku 4 lat rasowe królewny nie chodzą boso, ba, nie staną nawet bosą stopą na podłodze! Sytuacja wyglądała więc na taką raczej bez wyjścia. Krótką chwilę, do czasu, gdy spostrzegłam leżącą na stole dziadkową wojskową czapkę. Sięgnęłam po nią, położyłam ją na podłogę otokiem do góry, następnie weszłam do niej, do środka i posuwając się powoli ruchem froterującym dotarłam do przedpokoju, gdzie znajdował się już cały batalion butów.
Byłam uratowana.

Wybrałam najbardziej okazałe wysokie wojskowe buty dziadka i w rzeczonych butach oraz idealnie komponującej się z nimi koszuli nocnej, nieco spóźniona dotarłam do kantyny na kolację. Pamiętam, że wiele osób szczerze ucieszyło moje przybycie.

A najbardziej – dziadka, którego byłam absolutną, bezgraniczną, totalną wręcz miłością.

Do czego zdolny był aż tak kochający dziadek?

Ano na przykład do obudzenia w nocy pani kioskarki, żeby sprzedała mu plastelinę, która przyśniła się jego wnuczce i na którą ona nie mogła przecież czekać aż do rana.

Na ofiarowanie swojej królewnie… sarenki (matkę zwierzaka zabił kłusownik). Sarenkę zatrzymano w pobliskiej leśniczówce, królewna nadała jej imię – Isia, karmiła ją z butelki, a potem bawiła się z nią jak ze źrebakiem.

Na nakazanie babci, żeby wymyśliła jak spełnić największe marzenie jego miłości to jest być… kotem. Co babcia zrobiła, bo niby jakie miała wyjście, kiedy miłość nie chciała być aktorką, tancerką czy piosenkarką tylko kotem. Dostało więc dziecko kocie uszy na pałąku, krótkie bolerko obszyte futerkiem i ogon przypinany agrafką do ubrania i w tym to stroju spędziło cały miesiąc swojego życia tak dnie, jak i noce, gdyż kotem się przecież jest a nie bywa.

To dziadek zgromił babcię jednym spojrzeniem, gdy ta – niesprawiedliwie – nakrzyczała na wnuczkę, która pragnąc uszczęśliwić mrówki usypała im mrowisko z 10 kg cukru – całego zapasu przeznaczonego na przetwory.

I to on uchronił ją przed laniem, kiedy barbarzyńca – ojciec odkrył, że zepsucie jego golarki ma bezpośredni związek z ogoloną do połowy głową lalki, które to mroczne przedmioty pożądania – golarkę i lalkę przywiózł był świeżo z wycieczki do NRD.

Dziadek. To była właśnie ta osoba, ta jedna, jedyna osoba, której potrzebowałam, której potrzebuje każde dziecko, żeby rosnąc móc poczuć się całkowicie akceptowane i bezpieczne.

Królewna w skarpetach

Było po deszczu i koniecznie chciałam pochlapać się trochę w kałużach przed blokiem. Chlapałam się tak intensywnie, ze wkrótce, para po parze, przemoczyłam cały komplet swoich skarpet. Pora była obiadowa – obiady jadaliśmy w kantynie, a ja bez skarpet… Co było robić? Pomyślała więc babcia, ze nałoży mi skarpety dziadka. Były wełniane, grube i zielone – najtypowsze skarpety wojskowego. Mnie kojarzyły się jak najgorzej, dlatego, że dziadkowi potwornie pociły się stopy i każdy kontakt z jego skarpetami – a znałam je wyłącznie w stanie po użyciu – był dla mnie wielce nieprzyjemnym doznaniem. Oczywiście skarpety dostałam czyste, ale już sam ich widok na własnych stopach wystarczał, żebym mocno przeżywała ten fakt.

Weszłyśmy z babcią do pełnej żołnierzy i ich rodzin kantyny. Dziadek już czekał przy stoliku na samym końcu sali.
Zobaczyłam go z progu i musiałam, po prostu musiałam mu natychmiast powiedzieć, co niezwykłego zaszło. Żeby przekrzyczeć panujący hałas zawołałam ile sił w płucach:
– „Dziadku! Dziadku! Cy wies co się stało?!”

Po słowie „stało” w kantynie zapanowała cisza.
Zachęcona wrażeniem, jakie wywarłam, kontynuowałam: – „Cy wies, co mi babcia nałozyła?!
Po czym dokończyłam z przejęciem, powoli, wyraźnie akcentując każde słowo: – „Twoje bludne. Śmieldzonce. Skalpety!”

Po sali przeszedł śmiech.
Dziadek był dowódcą jednostki więc wszyscy zgromadzeni w kantynie byli de facto jego podwładnymi i publiczne ośmieszenie go niezwykle przypadło im do gustu.
Ale dziadkowi przypadło również.
Wszystko cokolwiek pochodziło ode mnie mu przypadało.
Tak to już jest, kiedy kocha się po całości…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s